środa, 20 kwietnia 2016

Wyzwolenie ...

Jadąc po tuje do ogrodu, spytałam mojego męża czy ma problem z tym, że nie mamy dzieci. To znaczy, że razem nie mamy dzieci, bo on przecież ma Rafałka. Odpowiedział, że nie ma i przytoczył milion argumentów na poparcie tej tezy. W porządku, brzmi wiarygodnie. Ale czy ja nie mam? Nie mam. Czy aby na pewno nie mam? Bo w końcu powtarzam to sobie od ośmiu lat, od kiedy jesteśmy razem i od kiedy w zasadzie staraliśmy się stworzyć "normalną" rodzinę ... Kiedyś ktoś powiedział, że jak sobie powtórzysz coś milion razy, to w końcu w to uwierzysz. 

No więc przez te wszystkie lata robiłam wszystko zgodnie z agendą życia. Znalazłam faceta, który dał mi poczucie bezpieczeństwa i szczęście. Odhaczone. Pracowałam ciężko, by osiągnąć niezależność i pewną pozycję. Odhaczone. Otoczyłam się grupą najbliższych, rodziną i przyjaciółmi, którzy sprawiają, że moje życie ma odpowiednie rumieńce. Zwiedzam świat - Fibaki w Podróży -, którą to pasję wszczepili mi rodzice w genach i zapamiętuję go poprzez fotografię. Znajduję nowe pasje, choć pewnie nikt nie wierzył, że ze swoim lękiem przed pająkami jestem w stanie wkręcić się w ogród. Od dziewięciu lat jestem "macochą", którą z Rafałkiem łączy niesamowita i w pewien sposób wyjątkowa więź, od sześciu jestem ukochaną ciocią Marcela z perspektywą na powtórzenie sukcesu przy Lence. I tylko jedno pole na mapie życia nie zostało zagospodarowane - bycie mamą! 

Od zawsze miałam plan. Skończyć studia, znaleźć pracę, mężą, usamodzielnić się, a potem zobaczymy. Macierzyństwo nigdy nie było na szczycie listy moich priorytetów, zawsze było jakieś "ale", które odwlekało w czasie tę część planu. I tak było do czasu kiedy poznałam Łukasza... Tyle że wtedy los miał inny pomysł na mnie. Standardowe zabiegi nie przyniosły rezultatu, wsparcie służb medycznych dało nadzieję na szczęście i zaledwie krótkotrwałą radość, potem już nic nie było. A czas leciał. Tik, tak. Tik, tak! Nie poddajemy się. Nie można tak, to trzeba inaczej. I tak wylądowaliśmy w ośrodku adopcyjnym. Spotkanie, papiery, wywiady, papier, szkolenia, spotkanie i czekanie. Minęły dwa lata, które nie tylko nie przyniosły oczekiwanego rozstrzygnięcia, ale nieoczekiwanie omal nie doprowadziły do rozłamu między nami. Chcieliśmy czegoś innego. Mieliśmy inne motywacje, inne obawy i inne oczekiwania i samozaparcie. Nic z tego nie wyszło. Dzisiaj jesteśmy tu gdzie jesteśmy. Po słowie, że adopcja nie była akurat dobrym kierunkiem. Że nic na siłę. Może i wiemy więcej, ale ponieważ nie ma już dalszego planu działania, który by odrywał od myślenia, to trzeba stanąć twarzą w twarz z lękiem, poczuciem porażki i niesprawiedliwości, uczuciem pustki i wieloma innymi demonami, które składają się na fakt niemożności posiadania dziecka. 

Walnęłam sobie tę prawdę jak kulkę między oczy, ale wierzę, że tylko prawdziwa autorefleksja i nazwanie a nie zaklinanie rzeczywistości, pozwoli mi pójść dalej. A dziś jestem zagubiona i na początku drogi mojego nowego świadomego życia. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz