Na początku nie zdawałam sobie w ogóle sprawy z powagi sytuacji. Tak długo odwlekałam plany związane z macierzyństwem, że wiedziałam iż trochę to zajmie, by zmienić myślenie o dzieciach, ich ważności w moim życiu i o sobie jak o matce. Szłam do przodu, oczywiście zgodnie z planem, zaliczając kolejne punkty na mapie walki ze stojącym przede mną wyzwaniem.
Rozłożone ręce mojego ginekologa były jak pierwszy zimny prysznic. To właśnie skłoniło nas do poszukania wsparcia w specjalistycznym ośrodku leczenia. I tak trafiliśmy na Rakowiecką. Pierwszy szok to ilość ludzi, którzy potrzebowali pomocy, albowiem może naiwnie ale do tej pory uważałam, że w pewiem sposób ta "wyjątkowość" dotyczy mnie ... i może kilku innych ludzi. A tymczasem masowość zjawiska nas poraziła. Konsultacja, badania i działanie. Jeśli ktokolwiek liczył na intymność procesu, zrozumienia i uwzględnienie psychicznego aspektu, to można o tym zapomnieć. Intymność zapewniono nam podczas wbijania pin do karty kredytowej. Długość wizyt i obszerność komunikacji lekarzy była niestety odwrotnie proporcjonalna do wysokości opłat za nie. Byłam zawiedziona ludźmi i ich podejściem, ale jednocześnie postanowiłam w duchu być ponad fakt, że jestem traktowana instrumentalnie, bez poszanowania dla mojego ciała i psychiki. Widziałam cel. Zdjęcia dzieci urodzonych za sprawą lekarzy z ośrodka dodawały mi sił i wiary w sens tego przedsięwzięcia.
Pierwsze podejścia to inseminacja, mało inwazyjne zabiegi chętnie stosowane przez lekarzy, mimo iż wiarygodność tej metody to zaledwie 5-10%. Ilość sesji zależy od skuteczności lekarskiej argumentacji i cierpliwości pacjentów. Moja skończyła się po czterech, w związku z czym lekarza prowadzący w swojej wspaniałomyślności podjął decyzję, że pozostaje jedynie in vitro.
Nie mieliśmy wątpliwości natury egzystencjalnej, a nasza wiara i pojmowanie boga zupełnie nie kłóciły się z naukowym podejściem do rozmnażania. Wsparcia udzieliła również cała rodzina, która po cichu nam bardzo kibicowała, choć w pewien sposób wywierała również presję. Jej natężenie miało wciąż jednak charakter motywujący. Poszliśmy więc w tym kierunku.
I wówczas zaczęło się dla mnie piekło. Ból jest wprawdzie bardzo indywidualną sprawą, niemniej jednak ja proces stymulacji jajników wspominam jako koszmar. I nie tyle ze względu na zastrzyki w brzuch, choć igieł boję się równie mocno jak pająków i burz, czy zaburzoną gospodarkę hormonalną, co w bezpośredni sposób wpływało na moje nastroje ... i zachowanie względem najbliższych, ale uczucie, że ktoś na żywca chce Ci wyrwać wnętrzności, powodowało, że wszystko traciło znaczenie. Interwencje medyczne i hospitalizacja była na porządku dziennym. Łukasz patrzył na mnie ze współczuciem i bezradnie rozkładał ręce ... Nikt nas na to nie przygotował. I mimo ogromnej już wtedy potrzeby posiadania dziecka, wiedziałam, że drugi raz do tego nie podejdę. Jestem tu ale tylko teraz.
Na tle innych, moja hodowla materiału genetycznego nie była imponująca w liczbach, była jednak podobno dobrej jakości, co zwiększało moje szanse. I stało się. Dwa zarodki były już we mnie, a my rozpoczęliśmy odliczanie. Za dwa tygodnie mieliśmy wiedzieć czy pierwszy etap za nami...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz