wtorek, 26 kwietnia 2016
Nowa nadzieja ...
Nie posiadłam się ze szczęścia, gdy lekarz potwierdził wstępny sukces. Chciałam skakać z radości, ale mi zabroniono, bo od tej pory miałam się ze sobą obchodzić jak z jajkiem. Wszak nic nie było jeszcze przesądzone. Niemniej jednak postanowiłam żyć normalnie. Chodziłam do pracy, choć motocykl zamieniłam na auto, a obcasy na baleriny. Pozytywne wibracje czuć było ode mnie na kilometr.
Zawsze się zastanawiałam jak to się dzieje, że kobiety mówią albo o swojej ciąży albo o dzieciach, niestety wielokrotnie zamęczając rozmówców. Ja wcale nie okazałam się inna. Chciałam mówić tylko o tym, czytałam tylko o tym, myślałam tylko o tym. Ignorowałam podejście lekarza, który nie tyle nie podzielał mojego entuzjazmu, ile najwyraźniej przeszedł nad nim do porządku dziennego. Zresztą, podczas 5 minutowych wizyt i kolejnych USG nie miał czasu rozczulać się nad moim szczęściem.
W trakcie tych paru tygodni przeszłam przez moment krytyczny. Podczas drogi powrotnej z Łodzi od domu, omal nie ulegliśmy wypadkowi. Nic nam się nie stało, ale wstrząs był na tyle silny, że spowodował poronienie jednego z dwóch rozwijających się zarodków. Myślę, że każdy z odrobiną empatii jest w stanie sobie wyobrazić co czułam rano widząc krew na prześcieradle. Nadzieja jednak nie zgasła całkiem. Jeden zarodek pozostał i wszystko wskazywało na to, że ma się dobrze.
Po 5 tygodniach od diagnozy lekarz w specjalistycznym ośrodku na Rakowieckiej uznał, że jego praca została wykonana i poradził mi znaleźć ginekologa, który dalej poprowadziłby moją ciążę.
Wybrałam znanego mi wcześniej lekarza w Medicover, który wcześniej zaimponował mi profesjonalnym podejściem do diagnostyki i pacjenta, nie bagatelizując żadnych obaw, próśb czy badań. Kierując się poprzednimi dobrymi doświadczeniami, wtedy uznałam, że to dobry wybór. Na słowo honoru dostałam kartę ciąży, choć późniejsze wyniki potwierdziły, że faktycznie w niej byłam. Płynnie weszłam w regularny tryb życia ciężarnej, choć dalej pracującej kobiety.
Sielanka trwała do 13 tygodnia, kiedy to robi się pierwsze specjalistyczne badanie płodu. Czekałam na regularne badanie, przed gabinetem chichotaliśmy z mężem rozmawiając o pierdołach, wszystko szło zgodnie z planem. 2 minuty później świat mi się zawalił. Lekarz wykonujący badanie nie tylko stwierdził obumarcie płodu, ale też wskazał, że obumarcie nastąpiło jakieś 4 tygodnie wcześniej. W trybie pilnym zostałam skierowana do szpitala, albowiem sytuacja zagrażała mojemu życiu, a co najmniej zdrowiu.
Niewiele pamiętam z tamtego okresu. Najbardziej amok. Pozbyć się tego co już umarło. Zapomnieć. Żyć dalej. No właśnie! Tylko jak żyć dalej, skoro miało się już plany związane z tym określonym dzieckiem niemalże do studiów? Dopadła mnie apatia, może nawet depresja. To najlepiej oddawało mój nastrój w tamtych dniach. Chyba mogłam liczyć na najbliższych. Chyba, bo tych co chcieli mi pomóc albo chociaż być blisko, to wszystkich odepchnęłam. Nie chciałam współczucia, nie chciałam patrzeć na puste spojrzenia niewiedzących co powiedzieć ludzi. Nie było słów, które mogły ukoić mój ból, żal, rozczarowanie, złość i poczucie krzywdy. Mimo to chciałam mówić, płakać i krzyczeć. Mąż przeciwnie. Chciał milczeć, gdy uznał, że powiedział już wszystko i że w zasadzie się powtarza. Znaleźliśmy się na dwóch biegunach, lodowatych i tak oddalonych od siebie, że trudno było wykrzesać z tego dalsze życie. A to biegło dalej. Tik tak! Tik tak! Tik tak!
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz